środa, listopada 24, 2010

Dziewczyny - nie czytajcie. Temat bardzo niesmaczny, choć traktujący o rozterkach codziennego życia człowieka. Poniższy tekst zawiera treści o charakterze turpistycznym. Czytasz na własne ryzyko.





Ej, jak to jest, że kiedy panna w dom, to srasz głośniej niż kiedykolwiek? Wiem, że nie ja jeden zastanawiam się nad tym zjawiskiem, więc może połączonymi siłami dojdziemy do jakichś sensownych konkluzji.

Z pewnością zauważyliście mości kumowie, że proces defekacji, który z reguły przepływa szybko i sprawnie gdy jesteśmy sami, w obliczu presji savoir vivre’u wstępuje na przeciwległy biegun dyskrecji. Chodzi głównie o to, że zasiadając na porcelanie sanitarnej ze świadomością, że za drzwiami jest samica – w Twojej dupie nagle budzą się ambicje na jazzową awangardę i gdybyś tylko chciał – mógłbyś wypierdzieć bez fałszu cały album Kind of Blue za jednym zamachem. I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, i choćbyś nie wiem jak się wyprężał, to nie wytrzymasz – i tak będziesz pierdział. Na dodatek – co budzi moje największe zainteresowanie, przecząc logice i prawom fizyki – gówno wpadające do wody wydaje odgłos jakbyś wrzucił głaz do studni, choć zazwyczaj wpada doń z gracją i niemal bezszelestnie, niczym Matthew Mitcham na olimpiadzie w Pekinie. Zacząłem się zastanawiać czy to nie są przypadkiem jakieś zwierzęce odruchy bezwarunkowe, że wiesz, pawi ogon i te sprawy, bo innego wytłumaczenia nie ma. Ostatnio wykminiłem parawan dźwiękowy. Odkręcam wodę pod prysznicem i kładę w brodziku pustą butelkę po żelu do kąpieli. Trochę działa, ale to jeszcze nie to. A Ty? Jak sobie z tym radzisz? Czekam na Wasze rozkminy i sugestie, bo to poważna sprawa. W końcu żyjemy tym gównem.

środa, listopada 03, 2010

Jutro albo pojutrze mam rozmowę w sprawie pracy na lotnisku, więc spoko, spoko. Potrzebuję tylko Criminal Record Check i tutaj nerwy, bo nie jestem pewny czy dostanę czyste, bo swoje mam za uszami. W sumie na wiosnę wyrabiałem w Polsce i wyszło czysto choć według forumowych prawników nie powinno. Niemniej jednak od tamtej pory pod wpływem alkoholu postanowiłem się raz zabawić w ulicznego artystę i w chwili uniesienia zbombiłem bibliotekę miejską za co dostaliśmy z Robsonem jakieś zawiasy. Ciekawe czy to wychodzi na takim zaświadczeniu?

W ogóle Doma nam się z ogródka wyprowadza. Szkoda, bo dzisiaj zaczęła naprawdę fajnie wyglądać.

Uzależnienie od kawałka Dela sprzed paru postów rośnie z każdym dniem. Jak będę raperem, to będę nawijał tak samo. Ciekaw jestem czy któraś z tych śmisznych gwiazdek podziemia pokroju Reef The Lost Cause i całej tej nowej fali internetowego truskulu potrafiłby tak polecieć. Jak myślisz, forumowiczu?

Fajnie się zapowiada nowe POE. Pozytywny teaser.

wtorek, listopada 02, 2010

Mamo, mamo! Jestem w radiu!

Właśnie znalazłem link do audycji w której to pojawiła się moja skromna persona i opowiada o Hip Hop Kempie. Audycja miała miejsce w dniu 22 sierpnia roku pańskiego bierzącego, w ramach Rap Sesji na falach akademickiego radia Kampus (97,1 fm www.radiokampus.waw.pl). Przepytywali mnie raperzy od niepisanych tekstów i moi sympatyczni kumowie za razem - Muflon oraz Puoć.

KLIK
Abstrachując od tego, że nadal nie mam pracy...

Politycy wszelkiego płazu - apeluję! Przestańcie w kabotyński sposób próbować wkupić się w młodzieżowe kręgi nagrywając lub też wydając zlecenie nagrania hip hopowego utworu jako elementu kampanii wyborczej. Uwierzcie, że jesteście dla nas - wyklętych - źródłem nieopisanej beki. Nie doda Wam to ani jednego głosu, za to zbłaźni w oczach potencjalnego wyborcy. Hip hop, to bardzo hermetyczna kultura (szczególnie w Polsce, gdzie wyewoluowała na swój własny sposób za sprawą lokalnych prekursorów), która raczej nie słynie z tego, że osoby ją praktykujące pałają miłością do polityków, więc nagrywanie utworu muzycznego w tej konwencji, w Waszym przypadku jest trochę jak przyjście na nazistowski wiec w jarmułce. Najgorsze jest to, że angażujecie do tego laików, którzy swoim ubogim doborem słów i trywialną techniką rymowania do podkładu, który swoją drogą w większości przypadków został złożony w kreatorze dzwonków monogamicznych - utwierdzają społeczeństwo w błędnym przekonaniu, że osoby słuchające hip hopu, to skończeni idioci. I tu jest pies pogrzebany, bo my - bezmózdzy blokersi z ławki, którzy jakby nie patrzyć stanowią ogromną siłę wyborczą - nie lubimy, kiedy ktoś lekką ręką, wykorzystując nieświadomie swoją groteskowość i moc przebicia w mediach, w sposób ordynarny kala coś czym żyjemy na co dzień. Co za tym idzie - momentalnie spada poparcie dla takiego delikwenta wśród osób zrażonych. Najwyraźniej wyobrażacie sobie panowie, mając nas za intelektualny plebs, że do szczęścia wystarczy nam graffiti w tle, czapka z daszkiem i rymowanka oparta na czasownikach, którą potrafi napisać i wyrecytować n-zgłoskowcem każde dziecko. Otóż kurwa nie. Hip hop w czystej formie, to różnorodna tematyka i miliony koncepcji, zabawa gramatyką oraz słowami przez wykorzystywanie ich dwuznaczności czy tworzenie porównań których nie powstydziłby się żaden z naszych wieszczów. Nie schodzę już nawet na temat techniki rymowania i układania wierszy, która zostawia resztę wokalistów lata świetlne w tyle. Często jeden utwór hip hopowy zawiera więcej treści i środków stylistycznych niż cała płyta popowego wykonawcy. Bo widzicie panowie... Wielu z nas, to ludzie o dobrym statusie społecznym, ludzie oczytani, erudyci, często z tytułami naukowymi, których nie pociąga disco polo ani cukierkowy pop, w którym od zarania dziejów przerabiane są dwa te same wątki - miłość i impreza - a który to jest znany jako "normalna muzyka", której słuchacze są jakby lobbowani względem hip hopowców i naturalnym wydaje się ich prawo do szykanowania osób słuchających wierszyków o osiedlu. Wszystko to ocieka wstawkami rodem z soft porno, konsupcjonizmem, afirmacją rozwiązłości albo skrajnym zniewieścieniem. Owszem, motywy te pojawiają się również w teledyskach hip hopowych jednak te z reguły zbierają poklask wśród "niedzielnych hip hopowców", którzy wyznają ascetyczny tryb życia tylko po pijaku, kiedy chcą zgarnąć karmę w towarzystwie dając do zrozumienia wszystkim asystującym danemu osobnikowi, że nie jest utrzymankiem rodziców i jak to nie jest mu w życiu ciężko. Wszystko po to, by zyskać akceptację u płci męskiej lub współczucie u płci żeńskiej. Ich, drodzy politycy, zaliczamy do tej samej grupy co Was. Osób dwulicowych, chytrych i w gruncie rzeczy miękkich jak plastelina konformistów, choć używających wszystkich środków, by wykreować obraz swojej osoby jako człowieka z charakterem. To widać. Mam zatem nadzieję, że w przyszłości żaden z polityków nie będzie już próbował swoich sił w rapie na skalę publiczną a przynajmniej nie do momentu, kiedy po przynajmniej kilku latach praktykowania i zaznajomieniu się z twórczością takich wierszokletów jak Gift of Gab, Aceyalone, Supastition, Mos Def, Black Thought, Chuck D i pokrewnych czy OSTR i TeTris ograniczając się do rodzimego podwórka. Bo widzicie panowie - zaczynacie trochę od dupy strony. Najpierw zdobądź szlify w rapie - potem spróbuj sił w polityce. Patrząc po stopniu fanatyzmu względem niektórych artystów hip hopowych - takie rozwiązanie przyniosłoby znamienite efekty. Podejrzewam, że gdyby taki OSTR wystartował w ostatnich wyborach prezydenckich - znalazłby się na liście sporo ponad granicą błędu statystycznego a gdyby kandydował do rady miasta Łódź - zgarnąłby posadę z palcem w kiszce stolcowej. Mojego głosu by co prawda nie dostał, bo mam świadomość, że taki z niego polityk jak ze mnie przodownik pracy i wiem, że on sam nie miałby mi za złe tego porównania, ale legiony fanów słuchających każdego jego słowa ruszyłyby do urn a Polska ujrzałaby największy w historii przemarsz młodzieży na wybory prezydenckie. Także panowie krótko - nie nagrywamy rapsów, dopóki nie mamy kilkuletniego stażu w hip hopie, a jeśli już nagrywamy (bo przecież wolnoć Tomku), to nie upubliczniamy z rozmachem, póki nie jest to dobre. Po drugie - nie zlecamy nagrania laikom ani hip hopowcom z agencji reklamowych, bo to jeszcze gorsze - polityk kompromitujący się rapując - kompromituje siebie. Polityk, który zatrudnia w tym celu no name'ów - kompromituje siebie i całą kulturę, bo statystyczny zjadacz chleba nie wie czy to topowy zespół czy żółtodzioby i generalizując wrzuca po prostu do szufladki z napisem "Hip Hop", gdzieś obok Zielonej Góry i rapera z Idola. Po trzecie - zapomnijcie, żeby jakikolwiek szanujący się (a co ważniejsze - szanowany w środowisku) raper zgodził się na nagranie utworu wyborczego i chałturzenie po remizowych wiecach gdzieś w Wólce Prusickiej koło Ważnych Młynów przed tłumem dewotek, biało-różowych dziewczyn z pobliskego Protectora i chłopaków ujeżdżających Golfy dwójki z naklejką Pioneer na szybie. To, że ktoś rapuje i jest popularny w mediach nie znaczy, że ten ktoś jest raperem. Z reguły medialność i szacunek słuchacza nie idą tutaj w parze. Ot - fanaberia młodocianych buntowników. I choć ogólnie rzecz biorąc - nieco przygłupia, to jednak tak zwany "prawdziwy hip hop" nie leci dziś na rotacji w żadnej rozgłośni radiowej ani telewizyjnej. No, może za wyjątkiem radiowej "Czwórki", gdzie w audycjach Hirka Wrony i spółki można usłyszeć naprawdę wartościowy tekstowo i muzycznie hip hop. Jeżeli jakiś topowy według pudelkowych sondaży raper zgadza się na nagranie takiego utworu - możecie być panowie pewni, że jego audytorium, to ludzie do których równie dobrze traficie z utworem disco polo.

No.

Może ja na przykładzie panom politykom... Tak będzie najlepiej.

Jeden dzień roznoszenia CV-ek i mam już wczoraj miałem pierwszy telefon w sprawie pracy. Szkoda, że Matt wtedy akurat przełożył karty w telefonie i nie odebrałem a teraz dzwonię i typa nie ma. Mam nadzieję, że nie przepadło, bo spoko robota na lotnisku.

Świnie nadal bezrobotne. Czarna przynajmniej ma hajsy i codziennie czegoś szuka. Ruda obrała taktykę "mamo przyślij". Cały dzień leży w łóżku, wpierdala coś i ogląda filmy na youtube. Nie lubię, gdy ktoś tak robi w moim otoczeniu. To moja robota.

Bardzo ciekawą pozycją w tutejszych sklepach jest Teacher's. Ćwiartka naprawdę spoko whisky kosztuje 5 funtów. Taki tutejszy Balsam Pomorski - Hennessy dla ubogich.

Patryk od Łysego się przeprowadza gdzieś do Hounslow. To zła wiadomość.





FLOW:

sobota, października 30, 2010

Trzy tygodnie w Londynie. Pora wziąć się na poważnie za szukanie pracy, bo w przeciwnym razie blog skończy się na tym wpisie. Dzisiaj idę zbombić CV-kami całe Heathrow a przynajmniej to, co będzie otwarte w nocy. Reszta jutro rano. Jeśli świnie znajdą pracę wcześniej niż ja, to odstawię alkohol. Gdzieś na tydzień. Fakt faktem co dzień wychodzą szukać pracy a ja do tej pory praktykowałem raczej szukanie pasywne, czyli to raczej ja dawałem się znaleźć pracy. Nie wierzę jednak, że nie da się znaleźć roboty w ciągu tygodnia. Szczególnie, kiedy mieszkasz rzut butelką od trzeciego pod względem obrotu lotniska na świecie.

Cleo, tęsknimy.

piątek, października 29, 2010

Usunąłem stare wpisy, bo były szczeniackie, nie śmieszne i już się z nimi nie utożsamiałem.

Pozmieniało się u mnie nieco ostatnio. Od trzech tygodni mieszkam w tym samym mieście co Królowa Elżbieta, Ringo Starr, Elton John i Popek z Firmy...

Mieszkam w uroczej przybudówce do chaty, gdzieś w piątej strefie Londynu, w okolicach lotniska Heathrow. Mieszkamy w czwórkę, w mieszkaniu typu 1 bedroom flat – Ja, Matt, Czarna i Ruda. Ja zajmuję kanapę w salonie, Matt przestrzeń na podłodze między kanapą i ścianą a świnie ogarniają wspólnie łóżko w sypialni. Za oknem, w ogródku, przyczepę campingową bez prądu zamieszkuje dwudziestoletnia Litwinka – Doma. Jest też „Patryk od Łysego” z sąsiedniego osiedla – nasz zaopatrzyciel i Cleo, która jest spełnieniem marzeń każdego samolubnego samca. Tak, to będzie ciekawy blog...